Cracovia Maraton 30.04.2017

 

Niedziela 30.04.2017. To miał być dzień, w którym mój młodszy brat postanowił pokonać królewski dystans.

Jakiś czas temu zaoferowałem, że “pozającuję” mu w czasie jego debiutu.

 

Nastał więc ten moment. Pakiety – odebrane dzień wcześniej, zdjęcia z Jerzym Skarżyńskim – zrobione.
Buty są! No to chyba możemy biec…

Maraton startuje o 9. Kwadrans po 8, jesteśmy już na Krakowskim rynku. Pada, ale jest w miarę ciepło.
Przebieramy się i rozgrzewamy w sukiennicach. Młody, jak zwykle, się stresuje.

Stajemy na starcie. I już tutaj dało się zauważyć drobne mankamenty w organizacji. Dojście do stref startowych zupełnie nie pilnowane. Każdy chodzi gdzie i jak chce. W poprzek stref przebiegają turyści…

Odliczanie, wystrzał i startujemy.
Plan jest taki, żeby wyrobić się w ok. 3:45. Więc początek “luźno” w okolicach 5:05/km. Biegniemy sobie spokojnie w dość dużym tłumie.

Organizator przewidział 2 okrążenia i choć tego nie lubię, podszedłem do tematu optymistycznie i pomyślałem, że przynajmniej pozwiedzamy miasto i nic nam nie umknie 😉 . Nie przewidział frekwencji…
Już po kilku kilometrach (przy obieganiu Błoni) biegniemy… chodnikiem. Ciężko było wyprzedzić biegnących wolniej. Staramy się jednak przesuwać do przodu, a przy tym w miarę możliwości, trzymać równe tempo.

Pogoda pod psem. Pada i trochę zimno. Biegniemy Bulwarami Wiślanymi.  Młody trzyma się dzielnie, a pierwsze okrążenie mija nam nawet nie wiedząc kiedy.

Na 34km słyszę niepokojąco głośny i nierówny oddech Roberta. W tym momencie dla niego zaczął się maraton.
Motywuję go i proponuję, żeby spróbował wyrównać oddech. Młody męczy się strasznie, ale się nie poddaje. Jestem z niego mega dumny. Słyszę, że każdy kolejny krok jest dla niego walką.

Do mety pozostało już naprawdę niewiele. Ok 4km. Robię co mogę, by jak najbardziej osłonić go przed wiatrem, podaję mu wodę na punktach, żeby mógł zachować tempo (tu zaznaczyć trzeba, duży + dla organizatora, punkty były często i dobrze zorganizowane).

Robert cierpi. Zwalniamy bardzo. Mimo to nadal mamy dobry czas, chociaż on o tym nie wie.
Mamy jeszcze sporo zapasu, ale jak się teraz zatrzyma, to nie zdążymy.

Krzyczę do niego, że już niedaleko, że jeszcze tylko 2km. Że ostatni to już na adrenalinie i dopingu kibiców sam poleci.

I tak też się stało. Ostatnie kilkaset metrów przyśpieszamy niesieni dopingiem.
Wpuszczam go przed siebie na ostatnich metrach – zasłużył. Dał dzisiaj z siebie 110%.
Szczęśliwi wpadamy na metę z czasem 3:37:47. Wyszło znacznie lepiej niż zamierzaliśmy. Odbieramy zasłużone medale, przybijamy piątki i idziemy świętować.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *